Pobudzenie którego zmysłu dostarczy nam największej przyjemności? Smaku, wzroku, a może węchu? Nie zapomnijmy o dotyku. Czy przyjemność może mieć kształt? Czy może być namacalna, by móc chwycić ją w dłoń? Właśnie ten gadżet udowadnia, że jest to możliwe – dzięki swojej budowie. Nomi Tang stworzyło produkt, który trafia tam, gdzie powinien. W sam środek przyjemności.

Nowy wymiar przyjemności

Wystarczy butelka schłodzonego wina, tabliczka czekolady i moje ciało zaczyna zwiększać poziom serotoniny i endorfin. Czy może być coś lepszego? Jest oczywiście seks, gorąca kąpiel, zmysłowy masaż… Ulubiony zestaw po ciężkim i męczącym dniu. Do dobrego łatwo jest się przyzwyczaić, zauważyliście? Skoro wiesz, że najlepiej czujesz się w pozycji na pieska to po co wymyślać? Po co zmieniać ulubione wino na rzecz innego? Powiem wam jednak, że czasem warto spróbować czegoś nowego 😉

Pokaż kotu, co masz w środku!

Prócz szybkich numerków lubię również te dłuższe – szczególnie kilkucyfrowe, określające znak paczki czy listu przewozowego, który zmierza w moim kierunku. Listonosza w oknie zaczęłam wypatrywać gdy tylko dostałam informacje od Nomi Tang, że paczka ruszyła w drogę. Po kilku dniach w końcu dotarł! Może nie w lśniącej zbroi i na białym rumaku – ale z podarunkiem w dłoni na miarę wyuzdanej księżniczki.

Tekturowe zabezpieczenie od razu poszło w kąt, a folia zaraz za nim. Tak dotarłam, nie tyle do pudełka, co do eleganckiego etui jak na najlepszą biżuterię. Biała satyna, wibrator, kabel USB oraz instrukcja obsługi. Wszystko co potrzebne w minimalistycznym wydaniu. Pierwsze wrażenie? Chyba pasuje tutaj stwierdzenie, że na zdjęciach wydawał się większy. Ale w gruncie rzeczy jest w sam raz!

Czerń ze złotem należy do jednych z moich ulubionych połączeń – pisałam już o tym przy okazji recenzji Różdżki. Tutaj mamy do czynienia z tym samy designem. Delikatna, silikonowa powierzchnia jest miła w dotyku – i oczywiście bezpieczna dla naszego ciała. Co z przyciskami? Zastąpił je nowoczesny, dotykowy panel sterowania, po którym przesuwając palcem w górę lub w dół dostarczy nam pozytywnych wibracji. Jest zlokalizowany w wygodnym miejscu, gdzie również umieszczony jest przycisk odpowiadający za włączanie/wyłączanie gadżetu oraz zmianę jego trybów.

Nomi Tang Tease – wibrator punktu G w praktyce

Kształt intrygował mnie najbardziej. Jak widzicie sami, na zakończeniu wibratora znajduje się specyficzny koniuszek, który odpowiadać ma właśnie za znalezienie naszego punktu G. Mój facet stwierdził jakby sam gadżet wołał „chodź do mnie!” i chyba muszę się z nim zgodzić. Czy wibrator jednak odnajduje się w sypialni i czy dostarczył tego, czego oczekiwałam?

Zanim rozpoczęłam zabawę zapoznałam się z trybami oraz sposobem ich zmiany. Złoty pasek odpowiada za zmianę mocy, szybkości oraz częstotliwości wibracji – w zależności od trybu jaki został wybrany. A mamy ich 5 – i jest to wystarczające biorąc pod uwagę możliwość kombinacji z mocą. Tak więc nie pozostało nic innego – jak wskazuje jego nazwa: Tease – by się podroczyć.

Naładowany gadżet starcza do czterech godzin zabawy. Ładowanie zajmuje mniej więcej tyle samo, czyli wystarczająco by zapragnąć ponownej przyjemności.

Wady i zalety

W związku często panuje zasada: kobieta zawsze wie lepiej. I już pomijając codzienne czynności przejdźmy od razu do spraw łóżkowych bo tam w szczególności to obowiązuje. Wiesz jak by było lepiej liznąć, gdzie dotknąć i jak mocno… Choć parter się stara (i wychodzi mu to bardzo dobrze!) czasem czegoś braknie. Szczególnie gdy ma odnaleźć twój punkt G. Tutaj z pomocą przychodzi ten wyjątkowy wibrator. I cóż… magia dzieje się sama. Oczywiście nie wszystko przychodzi od razu – trzeba go wyczuć. Wibracje na koniuszku potrafią trafić w punkt i dobrze się nim zaopiekować i dobrze się tym właśnie… podroczyć – to dla mnie wielka zaleta, jego budowa jest strzałem w 10.

Czy jest coś co mogłabym zakwalifikować jako wadę? Jedna rzecz potrafiła wybić mnie z rytmu. Przy zabawie solo łatwo przychodziła mi zmiana mocy wibracji. Przypadkowe przesunięcie palcem po panelu podczas zbliżaniu się na szczyt i… intensywność doznań malała – jest on dość czuły. Z każdym kolejnym razem było mi jednak łatwiej złapać wibrator tak, by nie przeszkadzać sobie samej. Zdecydowanie lepiej ta sztuka udawała się mojemu mężczyźnie, choć wierzę, że jeszcze kilka razy i nauczę się go używać z zamkniętymi oczami.

Tease & Power Wand

Jak z pewnością wiecie jeden gadżet od Nomi Tang już posiadam – jest to masażer do ciała, Power Wand – jeśli ktoś przeoczył to zachęcam do przeczytania recenzji. Różdżka mnie nie zawiodła, wręcz przeciwnie, przerosła moje oczekiwania i do dziś jest moim ulubionym parterem w łóżku (zaraz po moim partnerze). Teraz nadszedł czas na wibrator i… również oceniam go pozytywnie, aczkolwiek nie zepchnął z podium różdżki – jeśli jednak miałaby być to konkurencja drużynowa – mogę im przyznać złote medale.

Higiena

Jeśli chodzi o materiał – jest to sylikon medyczny, który jest nie tylko bezpieczny dla ciała ale i przyjemny w dotyku, dzięki czemu pieszczoty są przyjemne i nie wymaga dużej ilości lubrykantu, by dobrze się bawić. Poza tym, jest po prostu łatwy w utrzymaniu czystości. Czy można chcieć czegoś więcej? 😉 Wodoodporności? Tak się składa, że Tease jest wodoodporny i bez obaw można zabrać go ze sobą pod prysznic lub do wanny i spędzić relaksujące chwile. Po zakończeniu zabawy gadżet można wygodnie przechowywać w etui, o które zadbał producent.

Podsumowując powiem, że porcja wibracji jest lepsza niż kostka czekolady czy lampka wina. A połączenie lampki wina i zabawy z tym wibratorem to doskonałe działanie na potęgę doznań.

Na koniec chcę podziękować Nomi Tang
za Tease i pozytywne wibracje jakich dzięki niemu doświadczyłam

Ulepszmy razem blog!

Wypełnij anonimową ankietę
Przeczytałaś? Oceń!
Autor

Napisz komentarz

%d bloggers like this: