Ten dzień mógł się skończyć lepiej. Lampką winą, dobrym thrillerem albo udanym seksem (lub wszystkim po kolei). Ten dzień, gdy wraz z partnerem zdecydowałam się obejrzeć drugą część 365 dni, mógł się po prostu skończyć lepiej…

Świadome odwlekanie złego…

Minęły ponad dwa lata od premiery głośnej ekranizacji pierwszej powieści Blanki Lipińskiej, gdy na Netflixa trafiła jej druga część. Szczerze mówiąc, po szoku widowiskowym (niezbyt pozytywnym zresztą) jaki przeżyłam w kinie, nie śledziłam dalszej drogi produkcyjnej kolejnej ekranizacji. Jakże się zdziwiłam, kiedy pewnego dnia przeglądając „Nowe i popularne” na Netflixie zobaczyłam kafelek zatytułowany „365 dni: Ten dzień„.

Pomysł obejrzenia go od razu nawet nie przemknął mi przez głowę – „dodaj do mojej listy” i tyle. Nawet to, że film przez kilka dni znajdował się w top 10 oglądanych filmów, nie tylko w Polsce ale również na świecie, nie zachęcił mnie do jego obejrzenia (a kilka dobrych win czekało w lodówce…). Dopiero premiera trzeciej części „zmotywowała mnie” do seansu. Jak wrażenia?

Teledysk z PornHuba

Część pierwsza skoczyła się niezłym cliffhangerem – główna bohaterka Laura wjeżdża do tunelu i z niego nie wyjeżdża. Złapała gumę? Siadł akumulator? Nic z tych rzeczy – stała się rzecz straszna choć szczerze mówiąc nie pamiętam czy była to strzelanina czy zaplanowany wypadek w celu uszkodzenia ukochanej Massimo bo nawet nie ma o tym chyba mowy w samym filmie. Ale po kolei! Druga część nie zaczyna się od wyjaśnienia co, jak i dlaczego. Zaczyna się ona od czegoś innego – od ślubu. Od ślubu i seksu.

I obie te rzeczy trwają przez pierwszą część filmu – naprawdę. Czyli jest tak: są małżeństwem w podróży poślubnej (chyba) i uprawiają seks, a to wszystko w akompaniamencie muzyki i ładnych widoków (bo te muszę przyznać są momentami przyjemne dla oka). Ten teledysk tak sobie trwa do momentu gdy naszej polskiej ptaszynie zaczyna przeszkadzać złota klatka. Wtedy do seksu dochodzą kłótnie i tupanie nóżką, którego nie potrafi zagłuszyć nawet dostanie w prezencie firmy modowej, której poświęcono może łącznie 5 minut.

Przyczajony bliźniak, ukryty ogrodnik!

Jeśli nie można dać sensownego antagonisty do filmu to najlepszym najgorszym rozwiązaniem jest danie do niego złego brata bliźniaka. Schemat oklepany na wszystkie sposoby jak pośladki naszej Laury. Jak się możecie spodziewać Laura zastaje brata Massimo w sytuacji dwuznacznej z inną kobietą (oczywiście nie wiedząc, że to brat). Co w takiej sytuacji najlepiej zrobić? Zaatakować „swojego” mężczyznę? Porozmawiać na drugi dzień? Nic z tych rzeczy – najlepiej uciec z ogrodnikiem (który w ogóle nie wydaje się podejrzany) poznanym 5 minut temu do jego skromnej willi nad morzem.

Żadne z nas nie spodziewało się, że nowy ogrodnik to tak naprawdę mafioso, który ma zatargi z Massimo. Żadne. Ale wyprzedzam fakty – w nadmorskiej willi powoli rodzi się uczucie między Nacho a Laurą. Massimo jak na mafioso i prawdziwego mężczyznę przystało robi to co może – szuka Laury, a gdy ją znajduje to jedzie po nią wysyła bandę zbirów, żeby ją odbiła, co się zresztą nie udaje. W celu procesie dyplomacji dochodzi zatem do spotkania dwóch zwaśnionych rodów, w którym centrum jest Laura. To znaczy byłaby gdyby nie uprowadził jej zły brat bliźniak (który już nawet nie pamiętam jak ma na imię…). Był teledysk, a zakończyło się komedią dramatem. Logiczne. Jak na Włochów i mafię przystało – dochodzi do strzelaniny w zwolnionym tempie… I co dalej? Nic. Ciąg dalszy nastąpi… a jak wiemy trzecia część już czeka na Netflixie.

Podsumowując

Mogłabym napisać o scenie na polu golfowym, o scenie pokazu seksu-solo jako wymyślny prezent świąteczny, o ryku tygrysa pana Don Massimo Torricelli. Mogłabym o tym napisać – tylko po co? Film nie ma praktycznie żadnych dialogów wnoszących coś ciekawego i w jakiś sposób rozbudowujących bohaterów i fabułę. Ten film po prostu „jest”. Jedyny plus tego seansu to to, że nie musiałam teoretycznie za niego płacić oraz to, że występ koleżanki Laury znowu może spowodować uśmiech – ona jako jedyna bawi się na planie i oddaje to w przypisanych jej scenach. Większych pozytywów nie wychwyciłam. Ten film jest jak trzeci przypadek w liczbie pojedynczej – nijaki.

Przede mną trzecia część filmu, choć wiem, że będzie trudno. Być może porządna dawka znieczulenia w postaci wina, lub dwóch pozwoli przebrnąć przez niego w jeden wieczór. Najwyżej będę musiała potem odwdzięczyć się mojemu partnerowi za zmarnowaniu mu wieczoru 🙂

Ulepszmy razem blog!

Wypełnij anonimową ankietę
Przeczytałaś? Oceń!

Napisz komentarz