Czym mogą pochwalić się Włochy jako państwo? Z czego je najbardziej znamy i kojarzymy? Oczywiście, wspaniałe miasta i ich architektura: Wenecja, Rzym, Florencja. Jedzenie? Jak najbardziej! Spaghetti, pizza, lasagne… Wiele miejsc i rzeczy kojarzy nam się również z romantyzmem i miłością. Jednak czy z uczuciem pełnym pikanterii i namiętności? Czy takie gorące, włoskie uczucie ma szansę zrodzić się… na Śląsku?

Pikantnie po włosku to lektura, po którą sięgnęłam z nadzieją, że będę potrzebowała choć jedną lampkę dobrze schłodzonego wina by ostudzić swoją wyobraźnie. Że pomimo zakręconego grzejnika i ziąbu za oknem na moich policzkach zagoszczą rumieńce. Czy to literackie danie zaspokoiło mój książkowy apetyt, czy jednak spowodowała niestrawność? Zapraszam do recenzji 😉

Ciąg (nie)dalszy

Przyznam się na początku, że nie czytałam pierwszej części z serii Miłość w Tychach. Krótkie rozpoznanie w Internecie pozwoliło mi jednak stwierdzić, że historia nie jest szczególnie ze sobą powiązana. Do wyrobienia sobie zdania o umiejętnościach literackich autorki podchodziłam zatem na czysto.

Przejdźmy na początek do bohaterów. Kogo autorka postanowiła wsadzić do miłosnej gondoli płynącej po naszej polskiej ziemi? Magdalena. Pracownica korporacji, kobieta z pazurem, posiadaczka kotki o imieniu Belka – która również posiada pazury w ilości mnogiej. Drugim bohaterem jest Roberto Moretti. Włoch z krwi i kości – mogę użyć nawet słowa – stereotypowy. Jeśli z czymś kojarzy wam się mieszkaniec państwa w kształcie kozaka – to na pewno tą cechę znajdziecie również w nim. Ale o tym zaraz. Na początek zadajmy sobie pytanie – jak oni na tej gondoli się znaleźli?

Pikantnie po włosku, Gosia Lisińska | Recenzja

Skąd my to znamy…

Mam wrażenie, że istnieje w odmętach Internetu maszyna losująca, która po kliknięciu „losuj” wyrzuca nam temat przewodni książki, którą powinniśmy napisać. Problem w tym, że maszyna się zepsuła i wypluwa ciągle ten sam temat. Ona – pracownica. On – szef. Szybki numerek. „To się więcej nie powtórzy”. To się powtarza. Mamy to! Przepis na książkę gotowy!

Jak z rozwinięciem historii na kilkanaście rozdziałów poradziła sobie autorka? Hmm, yyyy, nooooo, eeee… ciężko to określić. Użyte przeze mnie zwroty nie są przypadkowe. Pikantnie po włosku to książka napisana z perspektywy Magdaleny – zatem w trybie pierwszoosobowym. Mamy zatem łatwy dostęp do jej myśli, uczuć i obserwacji.

Strona za stroną dowiadujemy się o rozwijającym się romansie dwójki bohaterów. O ich pikantnych spotkaniach i jeszcze bardziej grzesznych myślach. Nie są one jakoś napastliwe i „brzydkie” ale są podane w ilości hurtowej, co nie zawsze równa się jakości. Ciekawszym wątkiem są o dziwo te poboczne, jak na przykład konflikt z rodzicami Magdy. Szkoda, że nie zostały pociągnięte dalej.

Miała być uczta…

…wyszło danie na wynos. Zjedzone na szybko, bez wczucia się w skomponowane smaki, na ławce przed blokiem. Co mi się nie podobało i czy było aż tak źle? Nie przepadałam nigdy za perspektywą pierwszoosobową i ta książka niestety mnie w tym umacnia. Ciągłe zająknięcia, słowa których nie sposób znaleźć w słowniku i te wszystkie „eee, yyy, hmm” były po prostu nużące. Czy rozmyślając w głowie naprawdę tak często sami się zacinamy?

Typowa historia. O tym już wspomniałam. W książkach tego typu nawet gdy zdarzą nam się sklejone strony to nadal będziemy wiedzieć o czym mowa. Tak to stety/niestety działa. Czy to książka zła i okropna? Nie mogę o niej powiedzieć aż tak źle. To po prostu kolejna lektura z romansem i dawką humoru w tle.

Sięgam po nie, bo staram się znaleźć coś nowego i lepszego. Tutaj niestety tego nie znalazłam. Moja przeprawa przez nią była mimo wszystko nie tak bolesna jak może wynikać z recenzji. Książka na jeden wieczór? Jak najbardziej. Książka do której wrócę w przyszłości? Niestety nie.

Za możliwość podzielenia się z Wami recenzją dziękuję
Wydawnictwu Inanna

Ulepszmy razem blog!

Wypełnij anonimową ankietę
Przeczytałaś? Oceń!
Autor Paulina

Napisz komentarz

%d bloggers like this: