Wakacje już dawno za nami, a mimo to w moje ręce trafiła urocza muszelka. Nie, nie szumi po przyłożeniu do ucha – ale jak się przyłoży ją do łechtaczki można usłyszeć własne westchnienia rozkoszy… 😉

To już 5 gadżet marki Iroha, który posiadam i kolejny, który wizualnie zachwycił mnie od razu. Co zabawne, kiedy wydaje mi się, że już nic mnie nie zaskoczy – pod względem wibracji czy trybu pracy – okazuje się, że każdy z tych gadżetów, choć podobny, jest zupełnie inny.

Kus(h)i, żeby dotknąć

Oj kusi – jak wszystkie pozostałe zabawki tej marki.

Zacznijmy od tego, co znajduje się w pudełeczku. W sumie, w tekturowej osłonce są dwa pudełka – w jednym jest urocza muszelka, która znajduje się na specjalnej podstawce pod plastikową, przezroczystą kopułką, z kolei w drugim znajduje się instrukcja oraz kabel USB.

„+” przy nazwie oznacza, że ten model został wyposażony w jeszcze mocniejszy silniczek co przekłada się na mocniejsze wibracje – a co za tym idzie – mocniejsze doznania. Kushi, choć został pokryty grubą warstwą silikonu, to jest na tyle miękki, że aż chce cię go… miętosić. Albo od razu po wyjęciu z kartonika po prostu wypróbować.

Olbrzymią zaletą jest to, że silikon użyty do produkcji masażera ma właściwości zapobiegające przywieraniu kurzu. Nie musze chyba mówić, jak działa to na jego korzyść. Nie przywierają do niego przeróżne pyłki czy zanieczyszczenia dzięki czemu wizualnie ciągle prezentuje się dobrze. Inne gadżety, które posiadam tuż po wzięciu w dłoń potrafią „chłonąć” wszystko co możliwe, przez co wyglądają nieestetycznie (choć oczywiście staram się trzymać je w odpowiednich woreczkach czy etui).

Iroha Kushi w praktyce

Pod spodem muszelki znajdują się tylko, i aż dwa trójkątne przyciski +/-. Odpowiadają one za zmianę trybów, a samo przytrzymanie plusa służy również do włączania gadżetu, a przytrzymanie minusa do jego wyłączania. Co ma do zaoferowania nasza urocza muszelka? 7 trybów, z których 5 pierwszych to „tradycyjne” wibracje w trybie ciągłym, które kolejno zwiększają swoją moc. 1 tryb jest subtelny, natomiast 5 ma konkretną moc, która mógłby zawstydzić nie jedną dużo większą zabawkę. 6 i 7 wibrują w sposób pulsujący, naprzemiennie słabszymi i mocniejszymi wibracjami.

Można by dużo pisać na temat tej wibrującej muszelki, lecz najlepiej będzie, jeśli powiem, że kiedy moja ulubiona różdżka się rozładuje a wypadnie mi z głowy, żeby ją naładować – Kushi zastępuje ją perfekcyjnie. Najlepiej ze wszystkich gadżetów. Dlaczego? Ze względu na fakt, że jego piąty tryb równa się trzeciemu u masażera. Tak jak wspominałam pod zdjęciem dodanym na Instagramie: zajmuje on zaszczytne miejsce zaraz koło mojego ulubionego Power Wanda. Kolejną zaletą jest jego kompaktowy rozmiar. Jadąc gdzieś na dłużej mogę z powodzeniem upchnąć go w torbę i zajmuje stanowczo mniej miejsca niż orgazmiczna różdżka.

Ja + On + Kushi

Och tak, to najcudowniejsze połączenie. Korzystanie z tego masażera z partnerem to doskonałe urozmaicenie gry wstępnej lub dodatkowa stymulacja podczas seksu i łatwiejsza droga do dotarcia na szczyt.

Najbardziej w takich połączeniach lubię chwile oczekiwania i nieprzewidywalność. Kiedy gadżet znajduje się w jego rękach, a ja mam zasłonięte oczy po prostu się odłączam, w pełni skupiam na doznaniach.

Och, i jeszcze jedno! Wodoodporność… można bez obaw zabierać go pod prysznic lub do wanny i tym samym uprzyjemnić tę czynność doświadczając jeszcze większego relaksu i odprężenia – zarówno solo jak i właśnie w duecie. Zastępując różdżkę pod prysznicem ma przewagę ze względu na wygodę podczas przeróżnych manewrów 😉

Ładowanie i higiena

Tak jak w przypadku każdego gadżetu tak i tu nie omieszkam nie wspomnieć o ładowaniu oraz higienie. Zacznijmy od tego pierwszego. Podstawa gablotki jest także stacją dokującą, na której po prostu kładziemy gadżet i podłączamy do niej załączony kabel USB, który następnie podpinamy na przykład do portu USB w laptopie. Czas ładowania jest do zaakceptowania, trwa ok. 2 godzin i wystarcza na dobrą godzinę zabawy.

Co do higieny – Kushi można przemyć wilgną ściereczką i po wytarciu do sucha schować do gablotki, które jest najbezpieczniejszym miejscem na jego przechowywanie. Poza tym bardzo ładnie się prezentuje i może stać także na regale.

Podsumowując – czy polecam? Tak. To gadżet, który jest wart swojej ceny. Inwestycja ta zwraca się w postaci niezliczonych ochów i achów, orgazmów i przyjemnych wibracji, które relaksują całe ciało, ponieważ ten masażer jest doskonałym gadżetem do stymulacji zarówno łechtaczki jak i innych stref intymnych.

Ulepszmy razem blog!

Wypełnij anonimową ankietę
Przeczytałaś? Oceń!
Autor

Napisz komentarz

%d bloggers like this: